Oglądam Copa America, śledzę Puchar Narodów Afryki, nawet na Złoty Puchar CONCACAF rzucam okiem. I tak jak lubię ten egzotyczny futbol, to muszę przyznać, że wnioski są pesymistyczne: przepaść pomiędzy Europą a resztą świata jest potężna. Nie mówię o indywidualnych umiejętnościach piłkarzy, ale organizacja gry, poziom taktyczny, intensywność meczu, zgranie – to wszystko jest o poziom niżej niż na Starym Kontynencie. I do tego mam wrażenie, że ta różnica się pogłębia.
Oczywiście nikt nie oczekuje, że Jamajka, Senegal czy Paragwaj będą kiedyś walczyć o medale na Mundialu. Ale pamiętam czasy, kiedy np. Argentyna i Brazylia to były autentyczne potęgi, jak równy z równym rywalizowały z Europą, a dziś to tylko cienie dawnej chwały: przeciętne drużyny wśród faworytów wielkich imprez wymieniane z przyzwyczajenia. Po MŚ 1994 prognozowano wielki boom na piłkę w Ameryce Płn., federacja USA miała jeszcze nie tak dawno mocarstwowe plany z Klinsmannem na ławce, Meksyk miał już-już wreszcie się przełamać i pokazać światu na co go stać. A że nadchodzi czas Afryki słychać co najmniej od wygranej Nigerii na Igrzyskach w 1996. I co? I nic. Od złota Brazylii w 2002 tylko jeden mundialowy medal nie trafił do Europy. Nasz kontynent niesamowicie odjechał reszcie świata. Patrząc na te trwające mistrzostwa i porównując do Euro, wygląda na to, że ten trend się szybko nie zmieni.
#mecz #pilkanozna #przemyslenia