Kolejne Fulham? Nic z tych rzeczy!

Do pierwszego gwizdka sędziego w nowym sezonie Premier League pozostało osiem dni. Choć minione rozgrywki zakończyły się ledwie kilkanaście tygodni temu, dla Aston Villi rozbrat z ekstraklasą trwał znacznie dłużej. Po trzech latach nastał jednak kres banicji. The Villans wracają na salony z misją utrzymania się oraz… szatnią pełną świeżo sprowadzonych zawodników.

Kiedy w 2018 roku drużyna pod batutą Steve’a Bruce’a poległa w finale play-offów, wokół klubu zapanowała posępna atmosfera marazmu. Szansa na upragniony awans została zaprzepaszczona. Cały trud, włożony w dziesięć miesięcy zmagań, poszedł na marne. Marzenia piłkarzy oraz kibiców legły w gruzach. Zespół miał spędzić kolejne rozgrywki na zapleczu elity, z dala od najlepszych ekip w kraju, najpiękniejszych stadionów i największych pieniędzy. Co gorsza, niewiele wskazywało na to, iż prędko nadarzy się równie dobra okazja na powrót do ekstraklasy. W progres względem sezonu 2017/18 wierzyli nieliczni.

Niniejszego stanu rzeczy nie zmienił z pewnością początek rozgrywek 2018/19. Mimo że zawodnicy z Villa Park wygrali pierwsze dwa mecze ligowe, z każdym kolejnym tygodniem szło im coraz słabiej. O ile wysoką porażkę w starciu z Sheffield United można było usprawiedliwić klasą rywala, o tyle remisy z późniejszym spadkowiczem z Ipswich czy ze słabiutkim Reading były niewytłumaczalne. Sytuacji nie poprawiła nawet wygrana z Rotherham, wszak jej następstwem była seria rozczarowujących występów. Po jedenastej kolejce, i podziale punktów z Preston, stało się nieuniknione – Bruce stracił pracę. Zadanie ratowania sezonu zostało powierzone Deanowi Smithowi.

Jeśli zarząd liczył na efekt nowej miotły, w krótkiej perspektywie mógł poczuć zawód. Owszem, Grealish i spółka zwyciężyli pierwsze spotkanie pod wodzą byłego szkoleniowca Brentford, lecz w następnych dwóch meczach zdobyli okrągłe zero punktów. Bilans bramkowy? Dwa gole strzelone, cztery stracone. Szesnaste miejsce w tabeli po piętnastu seriach gier nie zwiastowało niczego dobrego.

I wtedy nastąpił niespodziewany zwrot akcji. Od 2 listopada do 23 grudnia Aston Villa nie zaznała goryczy porażki. Zespół z Birmingham triumfował w tym okresie pięć razy, dorzucając do okazałego bilansu trzy remisy. Metody Smitha wreszcie zaczęły działać, skutecznością imponował Tammy Abraham, świetnie spisywał się Jack Grealish, swoje robiła defensywa. Sposobu na The Villans nie znalazło ani Middlesbrough, ani West Brom, ani nawet Derby County. Dobrą passę przerwało dopiero Leeds United z Marcelo Bielsą u steru. Choć Pawie okazały się tylko minimalnie lepsze (3:2), ekipa z Villa Park bardzo źle zareagowała na niepowodzenie. Następne jedenaście spotkań przyniosło zaledwie dwanaście punktów.

Mimo że sezon powoli chylił się ku końcowi, bordowo-niebiesko-biali krzątali się w okolicach środka stawki, tracąc do strefy play-off sześć oczek. W perspektywie dwunastu kolejek – niedużo. Biorąc pod uwagę dyspozycję zawodników w poprzednich meczach oraz zbliżające się starcia z Norwich, Leeds czy Bristol – całkiem sporo. Wśród kibiców próżno było wówczas szukać optymistów, nadzieja na wyśniony awans ulatniała się w tempie powietrza umykającego z balonika, który nadział się na igłę. Nikt nie mógł spodziewać się, iż drużyna wygra dziesięć spotkań z rzędu, zremisuje z zespołem Mateusza Klicha i rzutem na taśmę zamelduje się w czołowej szóstce Championship. Że w dramatycznych okolicznościach odprawi West Brom z kwitkiem, by na Wembley górować nad Derby County. A jednak stało się. Rok po porażce z Fulham, The Villans mogli świętować powrót do elity.

– Premier League to właściwe miejsce dla Aston Villi. (…) Zrobiliśmy wiele, by awansować. Kilka razy upadliśmy. Ostatni sezon był bardzo trudny dla każdego, kto doświadczył porażki na Wembley z Fulham. Słowa uznania należą się również Steve’owi Bruce’owi, który ściągnął obu piłkarzy, którzy strzelili gole w finale. Teraz musimy kontynuować pracę. Z takimi właścicielami potencjał jest olbrzymi – stwierdził chwilę po triumfie rozemocjonowany Dean Smith. Jego słowa prędko znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości – kiedy drużyna udała się na zasłużone wakacje, zarząd wspierany środkami Nassefa Sawirisa i Wesa Edensa ruszył na zakupy. Kadra wymagała wzmocnień, o oszczędzaniu nie było mowy. Pytanie tylko, czy mnogość nowych jednostek wyjdzie ekipie z Birmingham na dobre?

Na osiem dni przed startem rozgrywek, w szatni zespołu z Villa Park znajduje się dziesięciu świeżo sprowadzonych zawodników. Według danych portalu Transfermarkt.de, łączny koszt ich zakontraktowania wynosił – bagatela – 127 milionów euro. To zdecydowanie więcej niż zeszłego lata wydały Wolverhampton oraz Fulham, które były przecież pierwszymi beniaminkami, inwestującymi w transfery ponad sto baniek. Mimo że na razie The Villans mają więcej wspólnego z The Cottagers – awans poprzez play-offy, ilość nowych graczy – włodarze klubu mają nadzieję pójść śladami Wilków.

Głównym celem zarządu, w dobiegającym końca okienku, było wykupienie uprzednio wypożyczonych piłkarzy – Tyrone’a Mingsa, Axela Tuanzebe, Anwara El-Ghaziego i Tammy’ego Abrahama. Fantastyczna czwórka stanowiła o sile zespołu w zeszłym sezonie, toteż logicznym wydawało się permanentne sprowadzenie jej po awansie do elity. O ile jednak 20 milionów funtów (mogące finalnie wzrosnąć nawet do 25) przekonało Bournemouth do pozbycia się pierwszego z wyżej wymienionych, a 8 baniek wystarczyło do pozyskania holenderskiego skrzydłowego z Lille, o tyle Manchester United oraz Chelsea zapragnęły skorzystać z rozwoju swoich piłkarzy osobiście. O kolejnym wygnaniu Tuanzebe i Abrahama nie było mowy. Po połowicznym spełnieniu swojego pragnienia, Aston Villa została zmuszona do szukania wzmocnień pośród jednostek dotąd niesprawdzonych.

Jedynym wyjątkiem od tej reguły okazał się Kortney Hause. 24-latek rozegrał w minionych rozgrywkach czternaście spotkań w bordowym trykocie, lecz wątpliwe, by po definitywnym transferze z Wolverhampton stworzył podstawowy duet stoperów z Mingsem. Zdecydowanie większe szanse ma na to Ezri Konsa, sprowadzony z Brentford za 12 milionów funtów. Reprezentant Anglii do lat 21 był podporą Pszczół i jednym z najbardziej eksploatowanych graczy w drużynie (w poprzednim sezonie zaliczył aż 42 występy na poziomie Championship), a teraz ponownie połączy swe siły z Deanem Smithem. – Jest zawodnikiem o ogromnym potencjale i wierzę, że sprawdzi się w Premier League. Nie mogę się doczekać naszej wspólnej pracy – mówił o swoim byłym, a zarazem obecnym podopiecznym szkoleniowiec The Villans. Zastąpienie wychowanka Czerwonych Diabłów jest nie lada wyzwaniem, lecz pochodzący z Londynu obrońca zdaje się mieć wszelkie atrybuty, potrzebne do sprostania zadaniu.

Blok defensywny zasilili również Bjorn Engels oraz Matt Targett. Ekstraklasowe doświadczenie (43 spotkania) drugiego z nich może okazać się szalenie istotne w ewentualnej walce o utrzymanie.

Nie mniej ważna będzie dyspozycja piłkarzy środka pola. Choć McGinn, Hourihane i Grealish stanowili w poprzednich rozgrywkach niemal nierozerwalny tercet, zarząd zdecydował się pozyskać Douglasa Luiza z Manchesteru City. Po opuszczeniu ojczyzny Brazylijczyk wzbudzał spory entuzjazm wśród fanów The Citizens, lecz wskutek braku pozwolenia na pracę na Wyspach musiał zostać wypożyczony. W barwach Girony radził sobie ponadprzeciętnie, a po dodaniu do siebie wszystkich ciepłych słów i pochwał stwierdził, że ławka rezerwowych na Etihad Stadium niespecjalnie go kręci. Po transferze na Villa Park 21-latek zapowiedział, iż będzie liderem drużyny, której pomoże tak werbalnie, jak i sportowo. A wszystko to mimo zerowego obycia z angielską piłką.

Zgoła inaczej sprawy mają się w przypadku Joty. Nie dość, że Hiszpan, podobnie jak wspomniany wcześniej Konsa, grał już pod wodzą Deana Smitha, to w dodatku ma w swoim dorobku ponad 140 występów na zapleczu Premier League. – Spędziłem kilka lat w Championship. To trudna liga, mnóstwo kontaktów z rywalami i mało czasu przy piłce – stwierdził skrzydłowy w rozmowie ze Sky Sports. – Starałem się znaleźć sobie trochę przestrzeni i być może w Premier League będzie o to łatwiej z uwagi na większą jakość. Jestem bardzo szczęśliwy, pewny, że sobie poradzę i będę robił różnicę. W swoim najlepszym okresie były zawodnik Brentford zdobył piętnaście bramek, do których dorzucił pięć asyst. Mimo że nieźle radzi sobie w przedsezonowych sparingach, do wejścia w buty Alberta Adomaha wciąż mu daleko. Na szczęście w odwodzie pozostaje jeszcze Trezeguet, pozyskany z tureckiej Kasimpasy za 8,5 bańki.

A skoro już o następcach mowa, do załatania wyrwy po Tammym Abrahamie wytypowany został Wesley Moraes. Siedemnaście trafień w połączeniu z dziesięcioma ostatnimi podaniami, jakie Brazylijczyk zaliczył w barwach Club Brugge w minionym sezonie, przekonały zarząd Aston Villi do pobicia klubowego rekordu transferowego i przelania na konto belgijskiego potentata okrągłe 22 miliony funtów. Jest to inwestycja tyleż w umiejętności, co w potencjał, wszak napastnik ma zaledwie 22 lata. W porównaniu z graczem Chelsea, nowy nabytek The Villans jest nieco słabszy z piłką przy stopie, za to lepiej porusza się i ustawia w polu karnym oraz jego okolicach. Czy atrybuty te wystarczą do zastąpienia wicekróla strzelców Championship? Dla osoby, która mając dziewięć wiosen na karku straciła ojca, po piętnastu sama miała potomka, a do tego posiada jedną nogę krótszą od drugiej o blisko trzy centymetry, różnica poziomów, dzieląca Premier League oraz Jupiler Pro League, może okazać się niczym szczególnym. Z drugiej strony, najświeższe transfery snajperów z krajów Beneluksu na Wyspy nie przyniosły niczego dobrego (patrz: Vincent Janssen czy chociażby Jurgen Locadia).

W momencie powstawania niniejszego tekstu, bliscy przenosin na Villa Park są Marvelous Nakamba i Tom Heaton. Jeśli ich przeprowadzki dojdą do skutku, kadra ekipy z bordowej części Birmingham liczyć będzie dwunastu nowych piłkarzy. I choć sytuacja łudząco przypomina zeszłoroczne poczynania Fulham, dyrektor generalny klubu, Christian Purslow, uspokaja: – Oczywiście, znajdą się osoby, które nie śledząc dokładnie naszych ruchów stwierdzą, iż jesteśmy kolejnym beniaminkiem, który sobie nie poradzi i prędko spadnie. Tutaj nikt, a już na pewno nie ja lub Dean Smith, nie wierzy w taki scenariusz. Nie mógłbym być bardziej pewny tej drużyny. Sądzę, że czeka nas fantastyczny sezon.

W rzeczywistości wszystko zależeć będzie od tego, jak pozyskani latem gracze odnajdą się w nowych realiach, i jak wkomponują się w zespół. Na ich korzyść przemawia wiek – ośmiu z nich nie ukończyło jeszcze 25. roku życia – oraz jakość. W porównaniu do nieszczęsnych nabytków The Cottagers pokroju Le Marchanda, Mawsona czy Schurrle, Konsa, Mings i El-Ghazi prezentują zdecydowanie wyższy poziom. Co więcej, część z nowicjuszy w szeregach The Villans pracowała już z Deanem Smithem, nie wspominając o tych, którzy reprezentowali barwy klubu w poprzednich rozgrywkach.

Spośród sześciu ostatnich beniaminków, którzy przed powrotem do Premier League wydali na transfery ponad 50 milionów funtów, aż pięciu zdołało utrzymać się w elicie. Czy Graelish i spółka pójdą w ich ślady? Jak pokazał przypadek Fulham, samo wydawanie pieniędzy nie gwarantuje sukcesu. Dotychczasowe działania Aston Villi każą jednak sądzić, że wnioski z błędów poprzednika zostały wyciągnięte.

Grafika: Aston Villa

Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
Dzięki!

#sport #mecz #pilkanozna #premierleague #transfery #astonvilla #championship #zycienaokraglo