Dwufrontowe wycie Wilków

W eliminacjach Ligi Europy niczym nowiusieńkie Ferrari z połyskującą karoserią, w Premier League bardziej jak Ford Mondeo z drugiej ręki. Takie właśnie jest Wolverhampton w początkowej fazie sezonu. Co będzie dalej? Czy drużyna prowadzona przez Nuno Espirito Santo jest w stanie pogodzić oba fronty?

Dziesięć spotkań w trzydzieści dziewięć dni. Podróże do Belfastu, Erywania, Leicester, Turynu oraz Liverpoolu. Funkcjonowanie pod ogromną presją, w ciągłym stresie i pośpiechu. Wszystko to poprzedzone wizytą w Chinach, celem wystąpienia w Asia Trophy – towarzyskim turnieju organizowanym przez władze angielskiej ekstraklasy.

Napisać, że zespół z Molineux ma za sobą intensywne lato, to jak stwierdzić, iż Rów Mariański jest całkiem głębokim dołkiem, to określić Burj Khalifa mianem pokaźnego wieżowca czy przyrównać Morze Kaspijskie do sadzawki w babcinym ogródku. Nie da się opisać tego wysiłku, nie ujmując mu rozmiarów, nie łagodząc jego katorżniczości. Nie mniej daremne zdaje się zresztą jednoznaczne i kategoryczne ocenienie jego rezultatów. O ile bowiem eliminacje Ligi Europy stanowiły sielankę, o tyle zmagania ligowe skutecznie zapobiegły popadnięciu w samozachwyt.

Jako się rzekło, w potyczkach międzynarodowych Wilki poradziły sobie wyśmienicie. Na śniadanie wciągnęły Crusaders FC (6:1 w dwumeczu), na obiad spałaszowały Pyunik (8:0), zaś na kolację schrupały Torino (5:3). Żaden z rywali nie był w stanie przeciwstawić się sile Jimeneza i spółki, żaden nie potrafił spłatać im figla. Mimo 29-letniej banicji, ekipa z West Midlands nie zapomniała, jak gra się na Starym Kontynencie. Komplet zwycięstw i pewny awans do fazu grupowej złożyły się na powrót na salony w iście imponującym stylu.

Na krajowym podwórku już tak kolorowo nie było. Podopieczni Nuno Espirito Santo zaczęli od bezbramkowego remisu z Leicester, następnie podzielili się punktami z Manchesterem United oraz Burnley, a w ostatni weekend przed przerwą reprezentacyjną przegrali z Evertonem. Optymiści, optujący za szklanką w połowie pełną, zauważą, że Wolverhampton mierzyło się z bardzo wymagającymi rywalami i mając w nogach zdecydowanie więcej minut od nich aż do czwartej kolejki pozostawało niepokonane. Pesymiści, widzący naczynie w połowie puste, zwrócą z kolei uwagę, iż drużyna z Molineux dotąd nie odniosła ligowego zwycięstwa, co ostatnim razem zakończyło się spadkiem do Championship. Wszyscy zgodzą się jednak co do tego, że początek rozgrywek angielskiej ekstraklasy w wykonaniu trzykrotnych mistrzów ojczyzny futbolu nie należał do najbardziej udanych.

Co będzie dalej? Czy Wilki są w stanie zerwać z łatką zespołu o dwóch obliczach i pogodzić oba fronty?

Biorąc pod uwagę odważne ambicje właścicieli Fosun – chińskiego konsorcjum zarządzającego klubem – nie mają innego wyjścia. I wcale takowego nie pragną. Zarówno członkowie sztabu szkoleniowego, jak i kadry zawodniczej, doskonale wiedzą, ile pracy i poświęcenia kosztowało ich dotarcie do miejsca, w którym znajdują się dzisiaj. Pamiętają mordercze batalie na zapleczu elity, zeszłosezonowe zmagania z najlepszymi ekipami w kraju, a także niezwykle intensywne lato. Niczego nie dostali za darmo, nikt nie podarował im prawa do występów w Premier League oraz w Lidze Europy w prezencie. Sami je sobie wywalczyli, toteż ani myślą o traktowaniu którychkolwiek rozgrywek po macoszemu. O żadnych półśrodkach nie ma mowy.

Wręcz przeciwnie, Wolverhampton chce czerpać z uzyskanej szansy pełnymi garściami. Dowieść swojej wartości na Starym Kontynencie i zanotować kolejny awans w hierarchii drużyn z własnego podwórka. – Dlaczego nie mielibyśmy zakończyć sezonu na jednym z sześciu czołowych miejsc? – pytał Raul Jimenez w rozmowie ze Sky Sports. – Musimy myśleć, że jesteśmy w stanie tego dokonać. Mamy odpowiedniego szkoleniowca, piłkarzy i strukturę, by to osiągnąć. Biorąc pod uwagę potencjał zespołu, trudno sądzić, by Meksykanin był w swojej deklaracji odosobniony.

Świadomość dzierżonej okazji, a także determinacja, by jak najlepiej ją wykorzystać i skonsumować, świadczą o poważnym, dojrzałym podejściu do tematu. Zdaje się, że nieprzypadkowa grupa ludzi nie przypadkiem znalazła się w nieprzypadkowym miejscu. A to już solidny argument, dla którego podopieczni Nuno Espirito Santo mogą spełnić ambicje – tak swoje, jak i szefostwa. Jest to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej, wszak dobrych omenów jest więcej.

Weźmy takie doświadczenie. Doskonała większość podstawowej jedenastki Wilków zna smak europejskich pucharów. Rui Patricio reprezentował w nich Sporting (93 występy), Willy Boly Bragę i Porto (13), Jonny Celtę Vigo (12), Ruben Neves Porto (20), Leander Dendoncker Anderlecht (53), Joao Moutinho Sporting, Porto oraz Monaco (118), Diogo Jota Porto (8), a Raul Jimenez Atletico Madryt i Benficę (22). Tegoroczna przygoda nie jest dla nich niczym nowym. Wiedzą z czym wiąże się gra na kilku frontach, robili to w przeszłości. Pozostali udowodnili natomiast, iż są elastyczni i prędko adoptują się do zastanych realiów. Przecież zawodnicy pokroju Conora Coady’ego, Matta Doherty czy Romaina Saissa jeszcze do niedawna nie znali smaku Premier League, co najwyżej jej woń. Jak radzili sobie w zeszłym sezonie ligowym – wszyscy wiemy.

Dalej idzie nastawienie menedżera oraz fanów – wbrew pozorom, dość istotny czynnik. Zarówno Nuno, jak i kibice wypełniający 32-tysięczne Molineux przy każdej możliwej okazji, zdają sobie sprawę z tego, że rezultaty nie przyjdą ot tak. Wszystko wymaga czasu oraz cierpliwości. Z tego powodu Portugalczyk po wielokroć prawił o metodzie małych kroków, stopniowym i harmonijnym rozwoju, stawianiu ewolucji nad rewolucją. Chwilowe problemy czy kryzysy nie są w stanie odwieść go od realizacji długofalowej wizji i trzymania się założeń (w przedsezonowym wywiadzie udzielonym The Guardian 45-latek porównał to do Coca-Coli, która eksperymentuje ze smakami, ale nigdy nie zmienia receptury) tak, jak gorsze wyniki na jednym z frontów nie sprawiają od razu, iż sympatycy klubu zaczynają psioczyć na swoich ulubieńców. Mimo słabego startu w kampanii ligowej, dla większości z nich szklanka pozostaje w połowie pełna.

I choć doświadczenie piłkarzy, filozofia szkoleniowca oraz wsparcie trybun to szalenie ważne części składowe, koronnym argumentem sukcesu zawsze są umiejętności. I tu kolejny plus dla Wolverhampton. Nie dość, że wierność ofensywnemu, ekspansywnemu stylowi gry zdała egzamin po awansie do Premier League, to w dodatku skład personalny drużyny nie odbiega jakością ani od Besiktasu, ani od Bragi, ani tym bardziej od Slovana Bratysława, czyli grupowych rywali Wilków na arenie międzynarodowej. Ekipa, która w minionych rozgrywkach wyszarpała szesnaście punktów potęgom z Manchesteru i mocarzom z Londynu nie może czuć paraliżującego respektu przed przeciwnikami z Turcji, Portugalii i Słowacji. Pytanie tylko, czy tym nie jest przypadkiem bliżej do zespołów plasujących się w dolnych rejonach tabeli angielskiej ekstraklasy, ze starć z którymi Coady i spółka uzyskali w zeszłym sezonie zaledwie czternaście oczek, aniżeli do Wielkiej Szóstki?

Czyżby więc klub z West Midlands miał wszystko, czego potrzeba do pogodzenia zmagań ligowych z potyczkami na Starym Kontynencie? Nie do końca. Solidną łychę dziegciu w beczce miodu stanowią bowiem liczebność oraz głębia kadry.

Nuno Espirito Santo może zarzekać się, iż ma do dyspozycji sześćdziesięciu graczy, lecz rzeczywistości nie oszuka – Wolverhampton posiada jedną z najskromniejszych załóg w Premier League. Oczywiście, w drużynach młodzieżowych znalazłoby się zapewne kilka ciekawych jednostek, co pokazuje chociażby przykład Morgana Gibbsa-White’a, ale w dłuższej perspektywie nieobyci z seniorskim futbolem piłkarze nie zrobią pożądanej różnicy. To, czy uczynią to sprowadzeni latem Vallejo, Cristovao, Jordao, Neto i Cutrone także pozostaje zresztą kwestią dyskusyjną, wszak wybranie jakości zamiast ilości w celu podtrzymania motywacji członków wyjściowej jedenastki – o czym na każdym kroku trąbi sztab szkoleniowy – może w tym wypadku odbić się czkawką. Różnica klas między składem podstawowym a rezerwami jest zwyczajnie zbyt duża, by rotować personaliami bez zwiększonego ryzyka poniesienia porażki. Odrodzenie Adamy Traore jest niczym więcej, niż jedną jaskółką w kontekście nadejścia wiosny.

Poprzednich przedstawicieli angielskiej ekstraklasy, którzy występowali w europejskich pucharach (tudzież w eliminacjach tychże) za sprawą uzyskania tytułu “best of the rest”, dosięgał swoisty pocałunek śmierci. Nie był wprawdzie tak brutalny, jak w przypadku ich polskich odpowiedników, lecz ani West Ham, ani Everton, ani Burnley nie potrafili pogodzić rozgrywek Premier League z Ligą Europy, zawodząc jednocześnie na obu frontach. Mimo wąskiej kadry, istnieje szereg argumentów każących sądzić, że Wilki nie podzielą ich losu. I choć szanse na wdarcie się pomiędzy potentatów z Wielkiej Szóstki są znikome, a wobec coraz potężniejszego Leicester i nabierającego kształtów Evertonu powtórzenie finiszu minionej kampanii ligowej będzie szalenie trudne, bieżący sezon powinien przynieść kibicom Wolverhampton wiele radości oraz satysfakcji. Według wszelkiego prawdopodobieństwa ich ulubieńców stać na uplasowanie się w środku stawki na krajowym podwórku i owocną przygodę na Starym Kontynencie.

Serdecznie zapraszam na mój fanpage, na którym publikuję opinie, spostrzeżenia oraz przemyślenia związane z piłkarskim światem.

Jeśli spodobała Ci się wrzutka, zaobserwuj #zycienaokraglo
Dzięki!

#sport #mecz #pilkanozna #premierleague #ligaeuropy #zycienaokraglo

Zdjęcie: Wolverhampton Wanderers